W poprzednich czterech wpisach wykazałem, że CAŁY KOSZT utrzymania sektora publicznego oraz wszystkich dostawców dóbr i usług publicznych w każdej gospodarce ponoszą osoby DZIAŁAJĄCE W SEKTORZE PRODUKCJI I WYMIANY DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH. To, że ci pierwsi także płacą podatki, faktu tego nie zmienia.
Jest to jeden z faktów, którego nie zauważają ani nauki ekonomiczne, ani nauki społeczne głównego nurtu. Daje się on bowiem odkryć dopiero wtedy, gdy analizuje się procesy ekonomiczne z punktu widzenia potrzeb osoby ludzkiej i sposobów ich zaspokajania, a nie – jak w głównym nurcie – z punktu widzenia gospodarki narodowej. I dopiero dzięki jego poznaniu można zrozumieć i właściwie ocenić procesy gospodarcze i społeczne zachodzące w każdym kraju.
Pierwszy logiczny wniosek, jaki wypływa z tego stwierdzonego faktu, brzmi:
IM WIĘCEJ LUDZI PRACUJE NA RZECZ SEKTORA PUBLICZNEGO, TYM WIĘKSZĄ CZĘŚĆ SWOICH DOCHODÓW MUSZĄ ODDAWAĆ NA ICH UTRZYMANIE POZOSTALI.
Jest to stwierdzenie, które skłania do zastanowienia się nad sensem realizacji dwóch podstawowych celów polityki gospodarczej współczesnych państw o gospodarce rynkowej Tymi celami są: zapewnienie PEŁNEGO ZATRUDNIENIA oraz MAKSYMALNEGO TEMPA WZROSTU PRODUKTU KRAJOWEGO BRUTTO (PKB). Są one pokłosiem opublikowanej w 1936 roku „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza” brytyjskiego ekonomisty J.M Keynesa, która zapoczątkowała rozwój współczesnej makroekonomii.
Postulat zapewnienia pełnego zatrudnienia, który stanowi clou jego dzieła, wynika w tej teorii nie tylko ze względów społecznych, lecz ma ścisły związek z zaproponowaną przez Autora koncepcją dochodu, na bazie której stworzono później makroekonomiczną miarę rozwoju gospodarczego w postaci produktu krajowego brutto (PKB). W koncepcji tej zawarta jest implicite teza, że każda praca tworzy wartość. W związku z tym logiczny wydaje się wniosek, że pełne zatrudnienie przy pełnym wykorzystaniu mocy produkcyjnych (kapitału rzeczowego) pozwala na wytworzenie PKB na optymalnym w danych warunkach poziomie (PKB wytworzony równy potencjalnemu). A im większy jest ten „ekonomiczny tort”, tym więcej dóbr i usług jest do podziału pomiędzy obywateli danego państwa. Jeżeli więc tzw. siły rynkowe nie zapewniają takiego pełnego zatrudnienia, to – zgodnie z tą teorią – powinny to uczynić władze, TWORZĄC W TYM CELU MIEJSCA PRACY.
Aby wyostrzyć poruszaną kwestię, Keynes posunął się nawet do następującej sarkastycznej uwagi (Keynes 1956, Ogólna teoria…, s. 168): „Gdyby skarb państwa wypełnił stare butelki banknotami, zagrzebał je w opuszczonych szybach węglowych na dostępnej głębokości i zasypał te szyby śmieciami, a następnie pozostawił wydostanie tych banknotów (…) prywatnym przedsiębiorcom (oczywiście po uzyskaniu dzierżawy terenu banknotonośnego), bezrobocie zostałoby przezwyciężone, a w wyniku tego zarówno dochód realny społeczeństwa, jak i jego kapitał rzeczowy osiągnęłyby prawdopodobnie poziom znacznie wyższy aniżeli istniejący obecnie. Rozumniej zapewne byłoby budować domy itp., jeżeli jednak stoją temu na przeszkodzie trudności natury politycznej i praktycznej, lepiej już zakopywać banknoty niż w ogóle nic nie robić.”
Logika tego rozumowania wydaje się nie do obalenia dopóty, dopóki analizuje się procesy gospodarcze z punktu widzenia CAŁEJ GOSPODARKI, stosując takie pojęcia jak: globalny produkt, globalny popyt, globalna podaż, globalna konsumpcja, globalne inwestycje itp., i nie pytając ani o źródła finansowania wydatków państwa na zapewnienie pełnego zatrudnienia, ani o to, kto, w jaki sposób i w oparciu o jakie kryteria będzie ów „tort” dzielić. Krótko mówiąc, TEORIA TA MA NIEWIELE WSPÓLNEGO Z GOSPODARKĄ RYNKOWĄ, w której decyzje podejmują jednostki w oparciu o własne potrzeby i sposoby ich zaspokojenia. Przyznał to zresztą sam Keynes w przedmowie do niemieckiego wydania „Ogólnej teorii” (cyt. za: Blaug 2000, Teoria ekonomii. Ujęcie retrospektywne, s. 691, wyróżnienie moje): „Teorię globalnej produkcji, którą staram się przedstawić w tej książce, o wiele łatwiej jest przystosować do warunków PAŃSTWA TOTALITARNEGO niż teorię produkcji i podziału danej ilości produktów wytworzonych w warunkach wolnej konkurencji i przy znacznym poziomie leseferyzmu.”
Jeżeli jednak spojrzy się na gospodarkę z punktu widzenia OSOBY LUDZKIEJ, która działa na rynku w oparciu o zasady DOBROWOLNOŚCI I WZAJEMNOŚCI WYMIANY, i gdy zastosuje się JEDNOZNACZNE kryterium odróżnienia DOBRA PRYWATNEGO od DOBRA PUBLICZNEGO, jak ma to miejsce w moim podejściu, to sprawa nabiera zupełnie innego wymiaru. Wtedy bowiem staje się ewidentne, że produkowanie dóbr albo podejmowanie różnych robót publicznych (vide cytat powyżej) TYLKO PO TO, ABY LUDZIE MIELI PRACĘ, nie tylko nie ma najmniejszego sensu, ale że odbywa się na koszt tych, którzy nigdy by takiej decyzji nie podjęli i że tym samym MARNOTRAWI SIĘ ŚRODKI, które mogłyby zostać wykorzystane w sposób racjonalny.
Nie jest więc tak, że gdy w kraju rośnie zatrudnienie i w ślad za tym rośnie PKB, to zawsze jest to oznaka, że rośnie pomyślność jego obywateli. Wzrost zatrudnienia jest zjawiskiem pozytywnym TYLKO WTEDY, gdy rośnie liczba osób pracujących w sektorze produkcji i wymiany DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH. Tylko wtedy bowiem rośnie liczba tych, którzy żyją na własny rachunek, czyli własne potrzeby zaspokajają efektami własnej pracy, korzystając także w większym czy mniejszym stopniu z DOBROWOLNEJ I WZAJEMNEJ wymiany rynkowej. Natomiast zawsze wtedy, gdy rośnie zatrudnienie w sektorze publicznym oraz w sektorze produkcji i wymiany dóbr i usług publicznych, odbywa się to – jak dowiodłem poprzednio – NA KOSZT POZOSTAŁYCH. To zatem, CO ZYSKUJĄ JEDNI, MUSZĄ TRACIĆ INNI, gdyż na tym właśnie polega mechanizm tzw. redystrybucji przez państwo.
Chcę przy tym powtórzyć, że stwierdzenie to NIE OZNACZA, iż ludzie pracujący na rzecz sektora publicznego „pasożytują” na pozostałych. Ludzie ci oczywiście także PRACUJĄ NA WŁASNE UTRZYMANIE. Rzecz jednak w tym, że zapłata, jaką otrzymują od sektora publicznego za sprzedawane mu dobra i usługi pochodzi ZE ŚRODKÓW PRZEJĘTYCH PRZYMUSOWO PRZEZ PAŃSTWO OD POZOSTAŁYCH. I faktu tego – jak wspomniałem w poprzednim wpisie – w niczym nie zmienia opodatkowanie tych dochodów na takiej samej zasadzie jak dochodów pozostałych.
Podsumowując kwestię państwowej polityki zatrudnienia, warto zapamiętać zasadę:
Każda dodatkowa złotówka (dolar, rubel czy jakakolwiek inna waluta) wydana przez szeroko rozumiane państwo (sektor publiczny) NA TWORZENIE MIEJSC PRACY, to o złotówkę (dolara itd.) większe obciążenie osób działających w SEKTORZE DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH.
Nie ma w tym oczywiście nic odkrywczego. Taka jest bowiem od zarania dziejów istota państwa rozumianego jako aparat władzy wraz z wszystkimi, którzy mu służą w jakiejkolwiek roli. Niezależnie od ustroju politycznego; ma ono zawsze tylko to, co zabierze swoim poddanym i ewentualnie zrabuje poddanym innych państw. Warto jednak o tym nieustannie przypominać, gdyż nad wyraz często ludzie uważają państwo za demiurga, który, gdy tylko zechce, jest w stanie Z NICZEGO stworzyć i dać ludziom to, czego się od niego domagają.
I warto dodać, że zasady tej nie zmienia ani finansowanie wydatków publicznych z długu zaciąganego w drodze emisji bonów i obligacji skarbowych sprzedawanych w kraju bądź za granicą, ani finansowanie tych wydatków poprzez emisję dodatkowego pieniądza. W takim wypadku bowiem to dodatkowe obciążenie przyjmie tylko INNĄ FORMĘ; zamiast odczuwalnego od razu bezpośredniego wzrostu obciążenia dochodów podatkami, nieco później zmniejszy się siła nabywcza tych dochodów wskutek INFLACJI. Ta druga forma jest zresztą znacznie wygodniejsza wizerunkowo dla władz, gdyż wzrostu cen dóbr i usług rynkowych raczej nikt nie kojarzy z wydatkami publicznymi. Winnymi tego są w teorii bezosobowe siły rynkowe (rosnące nie wiadomo dlaczego koszty, nadmierny popyt, szoki zewnętrzne), a w opinii potocznej – pazerni sprzedawcy.
Jestem oczywiście świadom tego, że osobom zatrudnionym w sektorze publicznym, podobnie jak tym, które pracują w przedsiębiorstwach dostarczających dobra publiczne, na przykład w fabrykach przemysłu zbrojeniowego, w placówkach publicznej służby zdrowia, oświaty itp. jest obojętne, z jakich środków pokrywane są ich wynagrodzenia i wszelkie inne wydatki. Wszyscy oni oczywiście pracują i oczywiście dostarczają dobra i usługi potrzebne tym, którzy im za to płacą. Nie dostają więc niczego za darmo. Czy więc warto pisać o odkrytej zależności? Czy uświadomienie im, że to wszystko, co robią, robią na koszt pozostałych, nie naraża ich na pewien dyskomfort? Po co ta „demaskacja”? Nie jest przecież winą sprzedawcy, że za swój towar dostał zapłatę pieniędzmi skradzionymi przez złodzieja.
Tak, to prawda, pod warunkiem, że sprzedawca o tym nie wie. W przeciwnym razie, mimo że sam nic nie ukradł, staje się współwinnym krzywdy wyrządzonej przez złodzieja. Podobnie wszyscy inni, którzy wiedzą o kradzieży i nie czynią nic, aby tę prawdę upowszechnić, są takiej krzywdy współwinni. To jest właśnie powód, dla którego o tym piszę.
Jak dotąd, żadna ze znanych form państwa nie była i nie jest tym, za co chce uchodzić i co głoszą jego apologeci, a mianowicie PRAWDZIWYM DOBREM WSPÓLNYM. Faktu tego nie zmieniają żadne zawarte w konstytucjach uroczyste deklaracje dotyczące tej sfery. Zawsze i wszędzie państwo było i jest organizacją polityczną, która SŁUŻY SPRAWUJĄCYM WŁADZĘ DO REALIZACJI ICH CELÓW NA KOSZT RZĄDZONYCH. Dowodem tego jest stanowione prawo, które POD PRZYMUSEM nakazuje uznawać PRYMAT INTERESÓW PAŃSTWA, czyli mniejszości rządzących rzekomo w jego imieniu, nad interesem obywateli, czyli większości. Nawet wtedy, gdy rządzący biorą (państwo bierze?) w opiekę ubogich i tych, którzy z różnych powodów nie radzą sobie z życiem w społeczeństwie, na przykład bezrobotnych, zapewniając im jakiś poziom zabezpieczenia materialnego, czynią to ze środków zabieranych POD PRZYMUSEM od pozostałych. Jest to zatem zawsze DOBROCZYNNOŚĆ NA CUDZY RACHUNEK, coś diametralnie przeciwnego PRAWDZIWEJ CARITAS – dobroczynności świadczonej dobrowolnie i bezinteresownie z miłości bliźniego. Nota bene instytucjonalna „dobroczynność” państwowa powoduje, że wiele osób czuje się zwolnionych z moralnego obowiązku dobroczynności osobistej.
W kontekście tego, co napisałem wyżej, zasadne jest zatem pytanie, czy jest możliwa taka forma państwa, która jest autentycznym dobrem wspólnym? Odpowiem tak: JEST DO POMYŚLENIA. Zainteresowanych odsyłam do mojej książki pt. „Podstawy ekonomii personalistycznej” dostępnej bezpłatnie tutaj. Natomiast druga część odpowiedzi na to pytanie brzmi: URZECZYWISTNIENIE RACZEJ NIEPRĘDKO, O ILE W OGÓLE.
Jest taka fraza w jednej z dawnych polskich piosenek, która brzmi tak: „pomarzyć bardzo dobrze jest w niedzielne popołudnie”. Jeszcze nie tak dawno jednym z marzeń niektórych była podróż na Księżyc. A pewnie niedługo będzie się latać na Księżyc, a może i na Marsa, aby na przykład zobaczyć, jak Ziemianie świętują wejście w nowy rok. Więc kto wie, może jednak ludzie zmądrzeją?
Na teraz życzę wszystkim błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia i wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2025.