Słysząc lub czytając podawaną przez media informację o tym, że gospodarka „urosła” o ileś tam procent, wiele osób zastanawia się pewnie, komu i co właściwie urosło? W takim komunikacie chodzi oczywiście o WZROST najważniejszego agregatu makroekonomicznego, jakim jest PRODUKT KRAJOWY BRUTTO – PKB. Dla ilustracji, w Polsce od roku 2008 do 2023 wzrost PKB wyniósł 264%. Wartości tego agregatu w poszczególnych latach tego okresu przedstawia zamieszony niżej wykres.

Źródło: Główny Urząd Statystyczny / Wskaźniki makroekonomiczne
Nie wchodząc w szczegóły dotyczące konstrukcji i metod obliczania PKB, wspomnę jedynie, że wartość tego agregatu powstaje przez ZSUMOWANIE WARTOŚCI WYTWORZONYCH w danym roku tzw. DÓBR I USŁUG FINALNYCH. Pod tym pojęciem kryją się dobra i usługi KUPIONE przez tzw. ostatecznych odbiorców, którymi są KONSUMENCI, INWESTORZY oraz PAŃSTWO (dla uproszczenia pomijam sektor „zagranica”). Ta część produktów finalnych, które zostały wytworzone, ale NIE SPRZEDANE, jest traktowana jako INWESTYCJE BRUTTO PRZEDSIĘBIORSTW. Idea i konstrukcja tego agregatu zasadza się na koncepcji dochodu narodowego brytyjskiego ekonomisty J.M. Keynesa opisanej w jego fundamentalnym dziele z 1936 roku pt. „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”.
Od strony rzeczowej PKB jest uważany za taki makroekonomiczny „tort” będący efektem działania wszystkich podmiotów gospodarczych danego kraju. A dzielony jest ten „tort” za pomocą dochodów, które uzyskują poszczególni uczestnicy procesu produkcyjnego. Suma tych dochodów daje DOCHÓD NARODOWY (DN), który – z definicji – powinien być równy PKB. W rzeczywistości nigdy równy nie jest, a różnica dochodzi nawet do kilkunastu procent. Tym jednak makroekonomiści się nie przejmują, kładąc rozbieżności na karb błędów popełnianych przy szacunkach. I z takiego właśnie podejścia do PKB wyprowadzany jest dość logiczny wniosek, że im szybciej rośnie wartość tego agregatu w ogóle, a w przeliczeniu na mieszkańca w szczególności, tym bardziej poprawia się pomyślność obywateli danego kraju. O tym, że takie podejście jest obciążone poważnym błędem i że pod taką samą wartością PKB mogą kryć się diametralnie różne realia gospodarcze, piszę w mojej książce dostępnej bezpłatnie tutaj). Tu jednak skupię się jedynie na problemie postawionym w tytule tego wpisu.
Zanim jednak przejdę dalej, chcę jeszcze nawiązać do poprzednich wpisów, gdyż mają one ścisły związek z tematem bieżącym. Otóż – jak pamiętamy – zwiększanie wydatków publicznych na jakiekolwiek cele odbywa się zawsze NA KOSZT ludzi pracujących w sektorze produkcji i wymiany DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH. I prawdy tej nie zmienia fakt, że podatki płacą formalnie wszyscy.
Dopóki na świecie panował reżim pieniądza kruszcowego, w którym o ilości pieniądza decydowały zasoby złota lub srebra w posiadaniu poszczególnych podmiotów gospodarczych, związek ten był oczywisty; aby zwiększyć wydatki na jakikolwiek cel, władze musiały ściągnąć od poddanych więcej w formie podatków i innych danin. Ci ostatni czuli więc OD RAZU skutki w swoich portfelach i spichlerzach. Czasem wprawdzie panujący pożyczali pieniądze na ten cel, ale chcąc długi zwrócić, musieli ostatecznie ściągnąć je od rządzonych. Tak czy inaczej nie dało się ukryć faktu, że władza jest „na garnuszku” poddanych, bo sama NICZEGO NIE TWORZY.
Toteż ten system pieniężny można śmiało nazwać SYSTEMEM PIENIĄDZA UCZCIWEGO. Uczciwego dlatego, że ZANIM zalegający gdzieś w ziemi złoty czy srebrny kruszec stał się ostatecznie pieniądzem, czyli MIARĄ WARTOŚCI I EKWIWALENTEM owoców ludzkiej pracy wymienianych na rynku za jego pośrednictwem, to NAJPIERW zawsze jakaś liczba ludzi musiała włożyć WIELE SWOJEJ PRACY w to, aby ów kruszec wydobyć i odpowiednio przetworzyć. Sam będąc efektem ludzkiej pracy, taki pieniądz był zawsze RZECZYWISTYM EKWIWALENTEM tego, co ktoś za niego dostawał. A gdy aktualny jego posiadacz odłożył złotą czy srebrną monetę w jakimkolwiek celu na przyszłość, miał pewność, że ten jego skarb NIE STRACI NA WARTOŚCI, ani NIE ZOSTANIE UNIEWAŻNIONY decyzją władzy.
Dzisiaj wzrost wydatków publicznych na ogół nie wymaga od razu zwiększania podatków, gdyż żyjemy w systemie tzw. PIENIĄDZA MANIPULOWANEGO. Jest to system, w którym pieniądz jest TWORZONY PRZEZ WŁADZĘ na mocy monopolu przyznanego państwowemu bankowi centralnemu. Gdy trzeba zwiększyć wydatki publiczne na jakiekolwiek cele, parlament uchwala budżet z ODPOWIEDNIO WIELKIM DEFICYTEM, czyli nadwyżką wydatków nad dochodami (na 2025 rok zaplanowano go w Polsce na kwotę 289 miliardów zł, 5,5% PKB), a bank centralny „dostarcza” tyle pieniądza, ile trzeba, aby te wydatki pokryć. Technicznie wygląda to tak, że bank centralny „pożycza” pieniądze rządowi, „kupując” od niego emitowane w tym celu bony i obligacje skarbowe, albo – CO NA TO SAMO WYCHODZI – skupując dewizy uzyskane ze sprzedaży obligacji skarbowych podmiotom zagranicznym. W obu wypadkach rośnie wskutek tego DŁUG PUBLICZNY. Pieniądz powstaje tu dosłownie Z NICZEGO. Dzięki temu władze mogą finansować swoje wydatki, a obywatele nie odczuwają BEZPOŚREDNIO negatywnych dla siebie skutków takiej polityki. TO JEDNAK NIE ZNACZY, ŻE TAKICH SKUTKÓW NIE MA.
I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu, jakim jest postawione wyżej pytanie, komu rośnie, gdy rośnie PKB? Otóż – jak już wspomniałem wyżej – TYLKO PEWNA CZĘŚĆ PKB to dobra i usługi przeznaczone na konsumpcję prywatną. Reszta to dobra i usługi przeznaczone na inwestycje przedsiębiorstw, w których zawarte są także towary wytworzone, ale NIE SPRZEDANE, oraz dobra i usługi przeznaczone na KONSUMPCJĘ PUBLICZNĄ. Pod tym pojęciem kryją się zarówno DOBRA I USŁUGI PRYWATNE, które są potrzebne do normalnego funkcjonowania całego aparatu państwowego (np. energia i paliwa, samochody, meble biurowe, woda mineralna, usługi pracowników urzędów i instytucji sektora publicznego itp.), jak i DOBRA I USŁUGI PUBLICZNE potrzebne wyłącznie do sprawowania władzy (np. usługi służb mundurowych, uzbrojenie armii, więzienia itp.). I jedne, i drugie – jak już była o tym mowa w poprzednich wpisach – kupowane są przez sektor publiczny NA KOSZT OSÓB DZIAŁAJĄCYCH W SEKTORZE PRODUKCJI I WYMIANY DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH.
Jeżeli więc rośnie KONSUMPCJA PUBLICZNA to bezpośrednie korzyści z tego wzrostu czerpią różni BENEFICJENCI SEKTORA PUBLICZNEGO. W tej grupie znajdują się m.in. pracownicy urzędów i instytucji sektora publicznego, publicznego szkolnictwa, placówek kultury, ochrony zdrowia, emeryci, ale także pracownicy i właściciele przedsiębiorstw sprzedających cokolwiek państwu i samorządom lokalnym. Natomiast POZOSTALI W NAJLEPSZYM RAZIE NIE CZUJĄ POPRAWY swojej sytuacji materialnej. Dzieje się tak jednak tylko wtedy, gdy zwiększone wydatki publiczne na podane wyżej cele finansowane są z długu publicznego. Wtedy bowiem nie rosną BEZPOŚREDNIO OBCIĄŻENIA podatkowe, więc ich sytuacja się nie pogarsza. Pogorszy się jednak NA PEWNO PÓŹNIEJ, tyle tylko, że PRZYJMIE POSTAĆ INFLACJI, czyli systematycznego wzrostu cen dóbr i usług. I to właśnie powoduje, że informacja o tym, że PKB wzrósł o ileś tam procent wywołuje swoisty dysonans poznawczy, bo zamiast poprawy ich sytuacji materialnej nasilają się u nich trudności z powiązaniem końca z końcem. Ich dochody bowiem nie rosną, za to rosną ceny dóbr i usług dla ludności. Tych jednak – jak o tym pisałem poprzednio – nikt zazwyczaj nie kojarzy z faktem zwiększania zakupów przez sektor publiczny.
Dla jasności, nie chcę przez to powiedzieć, że negatywne skutki inflacji ponoszą tylko osoby niezwiązane z sektorem publicznym, bo w istocie dotyka ona każdego kto kupuje na rynku jakiekolwiek towary bez względu na źródło jego dochodów. Jednakże – jak o tym także już pisałem (przykład z zatrudnieniem pomocy domowej) – fakt powszechności podatków w niczym nie zmienia tego, że koszty utrzymania sektora publicznego ROZUMIANEGO JAKO CAŁOŚĆ ponoszą TYLKO UCZESTNICY RYNKU DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH, którzy z sektorem publicznym nie mają nic wspólnego. Podatki płacone przez beneficjentów tego sektora NIE POWIĘKSZAJĄ jego dochodów, lecz stanowią tzw. JAŁOWY PRZEPŁYW tej samej kwoty w obu kierunkach; pieniądze wypływają na przykład z ZUS-u w postaci rent i emerytur, a CZĘŚĆ Z NICH wraca do urzędów skarbowych w postaci podatku dochodowego. I TA WŁAŚNIE CZĘŚĆ przepływa JAŁOWO między dwiema instytucjami sektora publicznego, gdyż niczego mu NIE PRZYSPARZA, a jedynie GENERUJE KOSZTY obsługi. To samo dotyczy wszystkich podatków płaconych przez instytucje państwowe i samorządowe, a także przez wszelkich dostawców dóbr i usług publicznych.
I na koniec ważne uzupełnienie. Otóż z faktu, że wzrost PKB nie przekłada się BEZPOŚREDNIO na poprawę sytuacji materialnej wszystkich lub niektórych osób działających W SEKTORZE PRODUKCJI I WYMIANY DÓBR I USŁUG PRYWATNYCH, a często nawet ulega pogorszeniu, nie należy wyciągać wniosku, że osoby te w ogóle nie korzystają z efektów tak mierzonego wzrostu gospodarczego. Gdy szeroko rozumiany sektor publiczny finansuje budowę autostrad, wodociągów, ulic i placów, rozwój transportu publicznego itp. dóbr i usług, to oczywiście rośnie jakość tzw. życia społecznego. Mimo że większość ludzi nie mieszka przy granicy, to jednak korzystają z tego, że jest ona strzeżona. Podobnie z autostradami, lotniskami, domami kultury, muzeami i innymi obiektami infrastruktury gospodarczej i społecznej. To wszystko wchodziło kiedyś w skład PKB jako dobra i usługi przeznaczone na konsumpcję publiczną. Dzięki temu, że obiekty takie są, każdy ma możliwość skorzystania z nich, jeżeli zechce. W niczym to jednak nie zmienia faktu zasadniczego, czyli tego, że WSZYSTKO TO ZROBIONE ZOSTAŁO NA KOSZT.OSÓB DZIAŁAJĄCYCH W SEKTORZE DÓBR USŁUG PRYWATNYCH.